Krzysztof Maria Sieniawski  -  "U progu bajki"  (rzecz o wierszach Jana Wołka)

"W czyichże rękach byłem manekinem”

(St. Wyspiański)

"Czekamy wpatrzeni w siebie aż do bólu
bezsilni jak szczenięta, cisi jak niemowy,
jak dwoje smutnych clochardowych królów
co im przedwcześnie posiwiały głowy...”
            (J. Wołek – „Do Danki”)

1. Kariera poety – pieśniarza, Jana Wołka, jest zastanawiająca. Bohater naszego artykułu nie należy bowiem do person lansowanych przez rodzime mass media. Tyle, że ja osobiście jestem zdania, iż to bardzo dobrze. Bać należałoby się dopiero wówczas, gdyby było akurat na odwrót. Mimo to popularność Jana Wołka jest bardzo duża. Jest on – co tu dużo gadać – modny, mówi się o nim, wielokrotnie – niestety – zdrabniając. Wszystko to razem wzięte obraca się przeciw autorowi, przeciw jego wierszom, którym – śmiem twierdzić – mało co w POEZJI powojennej dorównuje, nie mówiąc o twórczości „kabaretowej”, z konieczności zawsze lżejszego kalibru. Zapomnieć zatem warto o „Jasiu”, a zwrócić jak najbaczniejszą uwagę na wiersze, które zawsze – jak to we wszystkich modach bywa – przechodzą idealnie obok (tak, tak, szanowni klakierzy). W wierszach tych przemawia – i to z jaką siłą – nowe, rzeczywiście najmłodsze pokolenie. Stanowią one kapitalną odpowiedź na słuszne, nawiasem mówiąc, do niedawna zarzuty „braci starszych”: uderzmy się w końcu w piersi – jesteśmy pokoleniem bez twarzy, co gorsza – bez ambicji, by jakąś tam twarz samemu sobie wymodelować, grzebiemy się w drobiazgach. Zbyszko Dulski to w porównaniu z nami ideowiec. Natychmiast jednak powiedzmy sobie szczerze, że Wołek – choć występuje w naszym imieniu – niczego za nas nie załatwi. Chodzi o to, by nareszcie zepsuł się mechanizm uruchamiający dłonie arlekinów z nędznej dell’arte, klaszczących w rytm niby-zaangażowanych piosenek na imprezach amfiteatralnych i w małych, zadymionych salkach klubów studenckich. Chodzi o to, by sam autor odpowiedział sobie na pytanie, zadane ongiś przez Wyspiańskiego – „w czyichże rękach byłem manekinem?:. To jest dla mnie w tej chwili sprawa o znaczeniu kapitalnym. Nie jesteśmy bowiem narodem, obfitującym w artystów wybitnie uzdolnionych – i nie możemy sobie pozwolić na ich marnowanie. Na to przede wszystkim nastawione są przeróżne panoszące się w naszym kraju komisje artystyczne.

Jan Wołek - Po

W „Studencie” kreowano Wołka na „polskiego Leonarda Cohena”. Nie wiem czy to potrzebne? Czyżbyśmy istotnie nie potrafili się wyzwolić z nieznośnego kompleksu „Polaczków”? Na dobitkę, trudno mi tutaj polemizować. „Student” bowiem, idąc za panującą wśród studenterii modą, najwyraźniej reprezentuje orientację, która nigdy piszącemu te słowa nie była nigdy zbyt bliska. Szczególnie gdy chodzi o prymitywizm kultury amerykańskiej (zauważmy, że wszystko co najlepsze w literaturze czy filmie tego kraju, jest od początku do końca „europejskie”). A zresztą teksty L. Cohena, drukowane niedawno w krakowskim periodyku, nie mają nic wspólnego z wierszami Wołka. Widocznie odpowiedzialny redaktor nie przeczytał albo tego albo tego. Miejmy nadzieję, że zaległości nadrobi zanim upłynie termin zaliczeń.

Jeśli już szukać paranteli – to w Związku Radzieckim. W grę nie wchodziłby tu bynajmniej Włodzimierz Wysocki. Poeta zaskarbiający sobie popularność nazbyt już nieznośną tendencją do aktualności, braki czysto techniczne swych wierszy rekompensujący nadmierną ekspresją, uprawianiem, pozornej w końcu, „kaskaderki poetyckiej”. Nie ma również Wołek specjalnych koligacji z Bułatem Okudżawą, artystą bez wątpienia dużej miary – ale wtedy i tylko wtedy, gdy śpiewa on sam własne teksty. Wiersze Okudżawy, pozbawione muzyki i – przede wszystkim – urzekającego głosu autora, tracą wiele. U Wołka akurat jest odwrotnie. Jego wiersze doskonale wytrzymują „próbę czytania”. Powiem więcej: dopiero wtedy w całej pełni ujawnia się formalne mistrzostwo bardzo młodego przecież autora. Jan Wołek od początku do końca pozostaje specyficznie polski. U nas, w owej Polsce niepięknej, nieoficjalnej, prawdziwej, rozgrywa się „akcja” wszystkich jego utworów. I to nie jest, szanowni obywatele świata, pretensja o zaściankowość – tak zaczyna się każda wielka literatura. Erskine Caldwell nie wyszedł nigdy ze swego podwórka w zabitej deskami Georgii, a przecież bez trudu zrozumie go Turek. Jan Wołek przez to, że na wylot – mimo swego młodego wieku – zna nasz kraj i ludzi, którym przyszło tu żyć i pracować, i że potrafi go z niespotykaną u nas precyzją opisać – staje się aktualny pod każdą szerokością geograficzną. To tylko pozorny fenomen, moi drodzy nieobecni. Raczej truizm, którego nigdy nie dość powtarzać.

- następna strona -
Projekt graficzny i kodowanie - © J & J 2007 - 2017   /   Zdjęcie Jana Wołka - © Mariusz Szacho