


I był to pomysł od rzeczy
By szczęście tych dwojga kaleczyć
Bo rolnik się rozpił, że zgroza
Dziś żona jest wdową, a koza
Coś se tam skubie i beczy.
Szkoda, że tak rzadko jesteśmy takimi, jakimi chcielibyśmy się widzieć. Ja chcę, aby na mnie polegano. No może nie od razu jak na Zawiszy – na razie, powiedzmy, jak na Darze Młodzieży. Nie zawsze mi się to udaje, ale jak się uprę, to różnie bywa. Z racji braku powołania i odpowiedniego wykształcenia, nie jestem święty. Wie o tym dobrze moja żona, ale niepotrzebnie przypomina mi o tym czasami. Otóż niedawno stała się posiadaczkę pewnej sumy wymienialnej. Długo zastanawiała się, na co ową sumę wymienić, w końcu wymieniła na spirytus. Przyniosła swój skarb do domu i (owszem!) pokazała mi. Wyglądało to trochę jak tresowanie psa. Nie pociekła mi jednak ślina, ani też nie zamerdałem ogonem. Było to jednak (jak się potem okazało) zbyt mało, aby mi zaufano.
Oddawałem się prozaicznemu zajęciu. Piłowałem paznokieć złamany podczas grania na gitarze. Po skończeniu roboty, miast położyć pilniczek na toalecie, rzuciłem go w przekonaniu, że wyląduje tam, gdzie chciałem. (To typowa męska zabawa. Pewien atawizm z gówniarskich lat. Splunąć do celu, trafić petem na odległość, kopnąć puszkę itd.). Rzecz jasna pilniczek się omsknął i wpadł za toaletkę. W pełni wystarczyła mi informacja, że spirytus jest na lekarstwo i zapomniałem o nim. Mógł leżeć, gdzie chciał, nie wyzwalając we mnie żadnych chuci, ale mojej żonie to nie wystarczyło. W tej sytuacji normalnym ludzkim odruchem jest poczucie wyrządzonej krzywdy. Chcąc dać upust zalewającej mnie fali goryczy, postanowiłem natychmiast wszystko wypić, jednak po pierwsze – nie miałem ochoty, po drugie – po takiej dawce zemsta nie byłaby pełna, bo nie doświadczyłbym efektu, jaki wywarła, a po trzecie – wydawało mi się to zbyt banalne.
Zabawa sfinalizowała się jeszcze tego samego wieczora. Przyszli mili i dawno nie widziani znajomi. Wypiliśmy trochę wina i nabraliśmy ochoty na coś jeszcze. Wtedy (to było do przewidzenia) żona z miną: „a ja coś wiem”, wyszła do drugiego pokoju. Zaraz wróciła i weszli tam wszyscy. Trochę czasu zajęło mi medytowanie i próby. Klej był jednak jak buldog, a słomki i strzykawki nie wchodziły w grę. Kiedy przyszedłem, patrzyli na mnie z wyrzutem, ale i uznaniem. Bez satysfakcji, a nawet z pewnym smutkiem powiedziałem: Ty ostrożnie przechylaj dom, a ja podstawię kieliszek. Jest to i smutne, i śmieszne, i pouczające. Oczywiście niekoniecznie jest to prawda, bo poważne zastrzeżenia budzi już pytanie: skąd u mojej żony suma wymienialna?
Te żony jak stół
Kute na cztery nogi
Okrągłe
Że z każdej tyle samo
(może to i sprawiedliwe)
Trzeszcz a na zapach obcych perfum
I siniak na poduszce
Obrastają w heban
Zawsze pośrodku salonu.
W powszedni
Drewniane w łóżku
Opatrzone jak powietrze
Że w dziurę
Byle kornik się wciśnie
Brak pewnych fizis wcale nie zakłóca harmonii moich najbliższych pejzaży. Co więcej – uważam, że jest tym pejzażom bardziej do twarzy, bez łaskawego owych fizis udziału. Zyskują przez to znaczenie, każąc wierzyć w swoja niepowtarzalność. O tak – szpeci je każde uporczywe memento. Niestety. Wielu obnosicieli twarzy uważających się za moich przyjaciół, bez reszty poświęciło się przypominaniu mi, jak doniosłą rolę pełnią w moim życiu. Funkcjonują w domu jak mebel, ale jest to mebel, którego nie można się pozbyć nawet za dopłatą. Nie można go porąbać bez skazania się na przykre konsekwencje. Ułomne jest nawet porównanie z meblem, bo poczciwy mebel nie przemieszcza się z kąta w kąt, skrzypi tylko czasem i wcale niegłupio i nie chce, aby go słuchano i do nieprzytomności pojono herbatą.
Są jednak FIZIS, które dyskretnie pozwalają o sobie zapomnieć, a kiedy do NICH zatęsknię, muszę długo szukać i ważyć preteksty do spotkania, abym nie daj Boże nie ja zaistniał w Ich domu, jak stara komódka, po ciotce zmarłej w dobie socrealizmu. O! – taka FIZIS w moim pejzażu to piękny sztafaż, tak piękny, że sam pejzaż wstydzi się i dyskretnie chowa za ramę. I śmieszy mnie ten Zodiak (Zwierzyniec). Czy to my jesteśmy dla siebie tak łaskawi i bezkrytyczni, czy ułomni byli astronomowie? Trudno uwierzyć, że Sumer podbity przez Babilon, że Hebrajczycy, Asyryjczycy, czy Grecy wpadli na pomysł. że: osoby urodzone pod znakiem Byka są (np.) – niepospolicie mądre, Bliźniąt – niepospolicie utalentowane, Skorpiona – niepospolicie szlachetne, Strzelca – niepospolicie odważne itd. I wobec tak niepospolitego optymizmu pytam: spod jakiego znaku są te wszystkie niepospolite sukinsyny, które od lat zapaskudzają nasze pejzaże?
Choć to niepopularne
Zaprzyjaźniony poeta lubi pijanych
Z reguły obchodzi ludzi
Jak grzęzawisko
zna tylko ich obrzeża
a jeśli trochę więcej
to na zabłocenie buta.
Choć to niepopularne
zaprzyjaźniony poeta lubi pijanych
Odkrywa ich
tak jak odkrywa się bagno
tylko wtedy
gdy zamarznie.
Jest takie klezmerskie powiedzenie: „Zawodowcy nie wydają niepłaconych dźwięków”. Podoba mi się to, bo jest śmieszne, ale nie muszę się z tym godzić. Pisze się dla prestiżu, pieniędzy, szerokiego odbiorcy. Zatem pisze się i kalkuluje zarazem. Często łapię się na tym, że mając zobowiązania, oddaję się robocie, która nie ma na celu żadnych korzyści wymiernych tego typu. Piszę mnóstwo obszernych listów, starając się, aby nie były wyłącznie bukietem informacji. Dopłacam do tego, nie oczekuję odpowiedzi, adresatem jest jeden człowiek i na końcu piszę: „Tibi et igni”. Na domiar złego uważam to za twórczość. Kiedy wychodzę na spacer ze swoim Tyfusem, widzę, że on spaceruje, a ja już nie potrafię. Idę za określonym celem. Zmierzam doń drogą najkrótszą, podczas gdy pies dążąc podświadomie do tego samego celu, kręci się, robiąc wielokrotnie dłuższą drogę. Świadomość celu jest mu całkowicie zbędna. Ma jedynie cele doraźne i nie jest dla niego ważne, do jakiego „nadcelu” zdąża. To wiem za niego ja. A jaki jest mój „nadcel”? To wie przeznaczenie. Ale ja wiem o swoim przeznaczeniu tyle, co mój pies o swoim: czekamy aż na nas gwizdnie.