"Najpiękniejsze oszustwo na świecie" - rozmowa z Janem Wołkiem

- Przez wiele lat byłeś i nie byłeś w kulturze studenckiej – znało i ceniło twoją twórczość środowisko. Oficjalnie jednak wokół ciebie trwało milczenie, niedomówienie, faworyzowano wykonawców, którzy nie sprawiali kłopotów swoimi utworami, wypowiedziami itp. Jak się teraz czujesz?

- Jest to pytanie o moje samopoczucie na tzw. fali odnowy?

- Oczywiście.

- Muszę powiedzieć, że na fali odnowy czuję się dokładnie tak samo jak wcześniej. W mojej twórczości nie zmieniło się nic. Poza tym zacząłem skrzętniej niż wcześniej unikać pewnych tematów, jeśli chodzi o pisanie wierszy, piosenek itd. Organicznie nie lubię pchać się tam, gdzie jest największy tłok. W momencie, kiedy ogromny tłum ludzi mniej lub bardziej predysponowany rzucił się na pewien temat, powtarzam temat, bo istota rzeczy jest bardzo ważna, dla mnie temat ten przestał być interesujący jako pożywka mojej wyobraźni. Nie chcę, aby posądzono mnie o koniunkturalizm. Tym bardziej, że nigdy nie siedziałem mocno w twórczości, która zajmowała się palącymi problemami społecznymi. Jeśli takie problemy pojawiały się w mojej robocie, to wyłącznie przez pryzmat zdarzeń, które dotyczyły mnie osobiście, a o których śpiewałem. Jeśli mowa o moich, przepraszam za wyrażenie piosenkach, to wszystko w nich jest wzięte z życia i jeśli sprawy Polski i nas wszystkich tam się pojawiały, to przez pryzmat tych zdarzeń. Nigdy nie miałem żadnych ambicji moralizatorskich, nie chciałem pewnych rzeczy wyciągać i podtykać ludziom pod nos. Bowiem jeśli tych zdarzeń ludzie sami nie zauważają, to chyba do nich nie dorośli.

Jan Wołek

- Zdumiewa mnie zawsze w twoich utworach ich wierność życiu. Pomimo warstwy poetyckiej pełnej metafor, porównań, skojarzeń, realia są mocno osadzone w życiu wielkiego miasta, w brukach Szmulek, Pragi, Warszawy.

- Oczywiście, uważam, że w piosence oraz w każdej twórczości, która nazywa się twórczością prawdziwą, która ma niejako pieczątkę rzeczoznawcy, że jest to na pewno oryginał, to musi być to twórczość, która wynika z przeżyć artysty. Nie bardzo wierzę w twórczość, która nie jest implikowana żadnymi mocnymi zdarzeniami z życia twórców. Jeśli taka twórczość istnieje, może być ona mniej lub bardziej warsztatowo sprawna, ale zawsze wydawało mi się, że jest to taka wprawka przed właściwą robotą artystyczną. Powiadasz, że moje rzeczy są mocno osadzone w realiach wielkiego miasta. Muszą, bo także jest to warunek tego, co mówię, tzn. oddawanie atmosfery otaczającej całe zdarzenie. To jest tak jak Cohen w swoim „Famous blue raincoat” śpiewa, że jest „piąta nad ranem i kończy się grudzień” i jest to stwierdzenie szalenie ważne. Popatrz, ile by straciła na realności ta piosenka, o ile byłaby nieprawdziwa, gdyby nie to, że on podał datę. Stwarza się natychmiast klimat, pada słowo piąta nad ranem i grudzień i już widzisz molo, ogromne miasto, szarość i od razu masz zbudowaną otoczkę tego, co się zdarzyło i w tym momencie jesteś już z tym człowiekiem. A że piszę o wielkim mieście, to oczywiste, bo tu mieszkam, żyję, pracuję. Gdybym pisał o jakiejkolwiek sprawie, a osadziłbym ją w innych realiach, to sam bym sobie nie spojrzał w oczy.

- Jak widzisz przyszłość twórczości poetycko-muzycznej, która wyszła z podziemia? Teraz, gdy wolno powiedzieć, zaśpiewać więcej niż kiedykolwiek, obawiam się, czy ostrze jej nie stępi się, mieliśmy tego przykłady podczas ostatnich występów kabaretowych w Sali Kongresowej.

- Jeśli chodzi o tzw. poezję śpiewaną, to jest to taki gatunek twórczości, w którym próby adaptowania wierszy znanych poetów do muzyki znano od dosyć dawna. A było to symptomatyczne, że istniała i istnieje grupa twórców, której nie wystarcza błahy tekst i nijaka muzyka. Oni za dużo rozumieją i ze zbyt wielu rzeczy zdają sobie sprawę, aby przejść nad ich istnieniem do porządku dziennego. Niejako za swój obowiązek artystyczny uważają wyciąganie wierszy, pięknej muzyki i artykułowanie tego po swojemu. To świadczy o tym, że prawdziwa sztuka nie służy do bawienia, w każdym razie nie służy wyłącznie do bawienia. Ja uważam, że prawdziwa sztuka powinna być takim udawanym życiem, powodować wzruszenia w sposób sztuczny. Sztuka jest najpiękniejszym oszustwem na świecie. Bo nie wiadomo, co jest grane i naraz wyciska u człowieka łzy lub uśmiech. To nie jest powiedziane, że to musi być dramat, może to być wspaniały kabaret, który rozbawia dorosłych. Co śmieszniejsze, ty masz pełną świadomość, że jest to nieprawdziwe. Tak jak kiedyś poszedłeś na horror i kiedy bardzo się bałeś, to mówiłeś sobie, że to jest nieprawda. Tak samo jest z każdą sztuką. Możesz powiedzieć sobie to jest umowa, że jeden wariat siedzi na scenie, a reszta wariatów siedzi na widowni. A wariat wierzy, że to, co mówi, jest prawdą, a oni wierzą, że to też jest prawda. I mają świadomość, że to wszystko dzieje się tylko w tamtym, konkretnym miejscu.

- następna strona -
Projekt graficzny i kodowanie - © J & J 2007 - 2017   /   Zdjęcie Jana Wołka - © Mariusz Szacho