


J.W.: Normalną pracą ludzką. Żadne czary – mary. To wszystko robią ludzie naszym zawodem jest produkować to, wspaniałe oszustwo, jedyne na świecie, na które chętnie wszyscy się zgadzają, bo ono nas wzrusza, rozśmiesza ...
M.B.: Jak pan reaguje, gdy – każdemu twórcy chyba się to zdarza – ktoś mówi, że teksty pana piosenek, to „żadne teksty”. Czy to nie budzi w panu zwątpienia?
J.W.: Jak ktoś mówi, że moje malarstwo jest żadne, to ja mam ochotę dać mu w mordę, po prostu. Bo to jest paszkwilanctwo i łobuzerka. Nie ma sądu w żadnym kraju na świecie, który wygłosiłby wyrok bez choćby pozornej sentencji. Jeśli ja komuś mówię, że coś jest do d..., to staram się uzasadnić. Wysuwam argumenty, chcę wysłuchać obrony tego kogoś i jestem skłonny dać się przekonać, przyznać temu komuś rację, jeśli mnie przekona. Nie uznaję ludzi, którzy wygłaszają sądy bez uzasadnienia. Bez sądzenia nie ma życia. Każdy człowiek raz jest wilkiem, raz zającem, raz sądzącym, raz osądzanym. Osądzaniem jest spojrzenie, gest wobec drugiego człowieka. Ale gdy nasze opinie mają szerszy zakres, gdy oddziałują na poglądy innych, wówczas trzeba je wyważać.
M.B.: Kim dla pana jest odbiorca pańskiej twórczości?
J.W.: Nie ma piosenki jeśli nie ma słuchacza, publiczności. Ale prawda też jest taka – być może to co powiem nie jest popularne – że starałem się nie doprowadzić do poczucia, iż jestem własnością społeczną. Mam wiele szacunku dla publiczności, ale nie dlatego, że jest to moja publiczność, która słać będzie pochwalne listy do radia, lecz, że są to ludzie, że dopuściliśmy się wzajemnie do konfesjonału, w którym ja zaczynam im jak najbardziej szczerze opowiadać o swoim życiu. I proszę o coś w rodzaju szacunku.
M.B.: Jaką funkcje powinna spełniać pana piosenka, pana obraz, pana książka?
J.W.: Nie wiem. Żyjemy w czasach, w których coraz dalej jesteśmy od siebie. Niedługo nasz kontakt ograniczać się będzie do tego przy pomocy środków masowego przekazu. Piosenka, książka, obraz pozostaje jedną z nielicznych ścieżek, które jeszcze nie zarosły zielskiem. Jacy jesteśmy naprawdę to wyłazi w momentach ekstremalnych. Są artyści, którzy mają dar robienia ogromnego dymu wokół swojej osoby. Przesiadują całymi dniami przy jednym piwku w hotelowych barkach i opowiadają co oni mają właśnie na tapecie. Tak potrafią przez dwa lata. Wszystko pozostaje w sferze możliwości. Tymczasem sztuka zaczyna się w momencie jej wyartykułowania. Obraz widzimy, kiedy jest namalowany. Książki też nie da się opowiedzieć, trzeba ja napisać.
M.B.: Po co pan pisze książki, piosenki, maluje obrazy?
J.W.: Jestem spod znaku Bliźniąt. We mnie zmaga się woda z ogniem. Każdy człowiek ma okres wojny i pokoju. Moją wojną były piosenki, są książki ...
M.B.: A malarstwo, to pokój?
J.W.: Nie ma na świecie takiego siepacza, który kochałby wojnę. Ona być może stała się jego zawodem, ale on z całą pewnością wolałby żyć w pokoju. Moją wojną w malarstwie są poszukiwania relacji między cieniem, światłem, walorem, kolorem. Ale to jest wojna za parawanem. Ludzie tego nie widzą. Odbierają znak. Patrzą „co”, a dopiero potem „jak”.
M.B.: Dla pana ważne jest to „jak”.
J.W.: Ludzie jeśli zobaczą, że nad linią horyzontu namalowanego pejzażu jest ciepłe światło, to mówią: zachód słońca – kicz. A guzik prawda. Patrzy się „jak” jest namalowane. Jeśli niebo ociepla się nad horyzontem, to po to, żeby to niebo nie było „blachą”. To są kruczki. Ludzie mówią: drzewko, woda – eee. Oczywiście, można doprowadzić do syntezy obrazu zostawiając w tych samych miejscach takie same plamy barwne, o takiej samej mocy walorowej, ale nie przedstawiające. I to jest tak, jak bym powiedział: „dzień dobry pani”, albo – zachowując tę samą intonację: „ble, ble, ble, ble, ble”. Z punktu widzenia muzyki to jest to samo. Ale jedno jest znaczące, a drugie nie. U nas uważa się, że im bardziej zakamuflowane, tym lepiej. Jak znaczy – to się nie liczy. Malarstwo – się nie liczy, Warsztat – się nie liczy. Jak jest domek, woda – to pod obcas! nie wolno.
M.B.: I stąd mówi pan o sobie: jestem leśnikiem, a nie drwalem?
J.W.: Chciałbym, żeby tak było. Ja mam w sobie chłopskie pragnienie natury. Wiek męski jest okresem realizacji dziecięcych marzeń. Wychowywałem się przez pewien czas w górach, zawsze lubiłem kontakt z otaczającą rzeczywistością biologiczną, i tak mi zostało. Myślę, że to dobrze, iż mimo wszystko jesteśmy zwierzętami. Natura jest naprawdę najwspanialszą akademią. Mój majster Jurek Gnatowski mówi, że trzeba wychodzić w plener, by odświeżyć paletę. By nie doprowadzić do syntezy koloru, by pozostał on czysty, prawdziwy. Ja naprawdę kocham stanąć w Kazimierzu (to też młyn na wodę dla moich wrogów), stanąć przy sztaludze, oddychać świeżym powietrzem, wymieniać z ludźmi „szczęść Boże” i malować. Jest dobrze.
"Gazeta Olsztyńska" – 12-13 marca 1988 roku