


Przed laty poznaliśmy w Olsztynie Jana Wołka jako pieśniarza, poetę, muzyka. Uczestniczył bowiem w Spotkaniach Zamkowych „Śpiewajmy Poezję”. Był laureatem jednego z konkursów, a potem gościem koncertów galowych. Miłośnicy muzyki wiedzą też, że piosenki z tekstami tego twórcy śpiewają dziś niemal wszystkie gwiazdy polskiej estrady. Jan Wołek jest także autorem muzyki filmowej, ma dorobek literacki w postaci kilku książek, a latem 1987 roku brał udział w malarskim plenerze grunwaldzkim w Mielnie. Po poplenerowej wystawie, w grudniu, bywalcy galerii wiedzą, że tematem obrazów Jana Wołka jest pejzaż. Od 3 marca w ART-Gallery BWA oglądać można indywidualną wystawę malarską tego artysty „Syberia”.
Marleta Bułatek: Doszły mnie słuchy, że z okazji otwarcia wystawy odbędzie się także recital pana piosenek.
Jan Wołek: Żadnego recitalu nie będzie. Swojego instrumentu nie zabrałem z domu, a na nie swoim nie gram.
M.B.: Ekipa szczecińskiej telewizji realizuje m. in. w Olsztynie film o Janie Wołku, człowieku – artyście. Właśnie wymyślacie panowie kolejne ujęcia. Czy na wernisaż przygotowujecie też jakiś greps?
J.W.: Andrzejowi Mleczce często się zdarza, gdy przygotowuje gdzieś nową wystawę swoich rysunków, że w pewnym momencie któryś z organizatorów proponuje mu” „Gdyby pan nie miał nic przeciwko temu, to ja mam taki pewien pomysł...” Po tych słowach Mleczko, znający ten powtarzany nieustannie, wszędzie i od lat pomysł, przerywa i mówi: - Wiem, wiem, chce mnie pan podczas wernisażu poczęstować mlekiem. Na tej zasadzie ja powinienem chyba na otwarciu swojej wystawy pojawiać się z krową albo bykiem.
M.B.: Skoro jeden artysta jest poetą, pisarzem, pieśniarzem i malarzem zarazem, to chyba i jego twórczość da się ze sobą zestawić. U pana to wszystko jest osobno?
J.W.: Te piosenki, które mógłbym zaśpiewać – bo nie wykonywałbym piosenek, które napisałem dla Rodowicz, Geppert, Zagdańskiej czy innej koleżanki – wymagają naprawdę bardzo specyficznych warunków. Chociażby odpowiedniego światła, czy tego, by ludzie mogli ich słuchać siedząc. Zupełnie nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ludzie stoją w galerii wśród obrazów, a ja nagle siadam, w pełnym świetle, gram na gitarze i śpiewam. To jakby u mamy na imieninach: siadaj Jasiu i zagraj na mandolinie to, co umiesz najbardziej. Poza tym istnieje we mnie przeświadczenie, że dołączanie piosenek byłoby – tak czuję – próbą ratowania siebie za wszelką cenę. To tak jakbym powiedział: ludzie, jeśli nie podoba wam się moje malarstwo, to patrzcie, jaki jestem zdolny, jeszcze mogę wam dać to, jeszcze to... Nie. Chcę się pokazać jako malarz. Spokojny, pokorny malarz, robiący figuratywne malarstwo pejzażowe.
M.B.: Nigdy nie zamierza pan połączyć tych różnych zainteresowań artystycznych?
J.W.: Nie podejmowałem takich prób. Na razie to wszystko łączy się przeze mnie, przez fakt, że jestem twórcą. Że jest to implikowane moim gatunkiem wrażliwości. Natomiast istnieje we mnie głębokie przekonanie, iż to się da połączyć. Malarstwo, muzyka, literatura, to jest to samo. Różni się tylko środkami wyrazu, ale ma ten sam wspólny kościec, zwany wrażliwością. We mnie jest ogromna niechęć do ludzi, których ja sobie nazywam estetycznymi nihilistami. To bardzo często dotyczy artystów uprawiających „skostniałe” gatunki sztuki, takich jak: filharmoniści czy śpiewacy operowi...
M.B.: Którzy cenią tylko to, co sami robią i nie widzą nic poza tym?
J.W.: Być może jest to świadectwem histerii, wynika ze świadomości umierania tego „ich” gatunku sztuki, oni absolutnie nie są wrażliwi na inne dyscypliny. Nie rozumieją i nie chcą ich zrozumieć. Spotykałem się z ludźmi, którzy przychodzili do pracowni moich przyjaciół malarzy – wspaniałych artystów – kupić obraz po to, by czymś zawiesić ścianę. By mieć obraz, najlepiej w złotej ramie, bo ich koledzy takie mają. Oni przychodzą do pracowni jak do sklepu i pytają „czy jest obraz”. Takie pytanie zadają w sytuacji, gdy wkoło wisi trzysta wspaniałych prac i to takich, że człowieka zatyka z wrażenia! Nie żądam od artystów, by wszyscy interesowali się wszystkim. Ale niech będą tolerancyjni, wyrozumiali, otwarci.
M.B.: Strasznie trudno być artystą uprawiającym różne dziedziny sztuki i doskonałym zarazem.
J.W.: Nie wierzę w doskonałość, w to, że można dojść do perfekcji. Z perfekcją jest tak, jak z chmurami, jeśli są bardzo wysoko, możemy powiedzieć, że są bardzo wysoko. Ale czy dziesięć tysięcy metrów od nas, czy jedenaście – nie wiemy. Trzeba najpierw wspiąć się tam, w chmury, by skonstatować, że jedne są niżej, a drugie znacznie wyżej. Tu rządzi prawo domina – jedno przewraca drugie. Jak osiągniemy pewną biegłość warsztatową, to z punktu widzenia lat minionych jest to już pewna perfekcja. Ale przecież biegłość warsztatowa wcale jeszcze perfekcją nie jest. Bez względu na to jaki etap w sztuce osiągniemy, perfekcja będzie zawsze przed nami. I tu istnieje pewne niebezpieczeństwo. Próba osiągania kolejnych stopni perfekcji tak dalece obliguje artystę, że w pewnym momencie przestaje on interesować się sprawą robienia użytku z tej perfekcji, a bardziej interesuje go samo jej osiąganie. Staje się szewcem, który potrafi robić wspaniałe buty, ale się tym nie zajmuje, ponieważ szkoli warsztat. Mnie oczywiście można zarzucić, że zajmuję się wieloma gatunkami i w żadnym nie osiągnę imponującego poziomu. Ale ja nigdy nie nastawiałem się na robienie rewolucji w sztuce, bo w nią nie wierzę. Być może kiedyś uda mi się wnieść coś nowego, ja się od poszukiwań nie odżegnuję, lecz szukać można równie dobrze w kosmosie, jak w ziarnku grochu. Moje malarstwo przedstawiające to jest właśnie ziarnko grochu. W tej mojej wielkości zainteresowań udaje mi się wygrać jedno. W każdej działalności ludzkiej następuje zmęczenie materii. W pewnym momencie czujemy przesyt swoją pracą. Mamy moment zawahania.
M.B.: I pan wówczas ma dokąd uciec.
J.W.: Właśnie. Jestem w sytuacji luksusowej. Jak widzę, że moja robota przestaje być produktywna, to przechodzę do innej działki i natychmiast obrabiam ją z entuzjazmem. Nie mam momentu zmęczenia. Nie tracę czasu na robotę, która mi stygnie w rękach.
M.B.: Czy to znaczy, że należy pan do tych nielicznych szczęśliwych, którym praca zawsze sprawia przyjemność?
J.W.: Nie lubię słowa „szczęśliwy”. Szczęście jest wówczas, gdy się znajdzie na ulicy 5 złotych. A gdy się na te 5 złotych zapracuje, to jest satysfakcja.
M.B.: I ma pan satysfakcję?
J.W.: Tak. Mam co robić. Robię to, co lubię. I nie dałem się zobligować tak dalece, by robić coś wbrew sobie. To jest takie moje poczucie wolności.
M.B.: Czym jest dla pana twórczość?