- 2 -

J.W.: Brel żył w trochę różowszej rzeczywistości. Ciekawe, czy powiedziałby to samo mieszkając w Polsce. „Okazywanie cierpienia świadczy o bardzo złym wychowaniu” – to są kategorie myślowe, których nie pojmuję. To kwestia francuskiego savoir – vivre’u a nie polskiej egzystencji. A jeśli chodzi o moje piosenki, to nie wiem, czy można o nich powiedzieć, że są o cierpieniu. Opowiadam o tym, co mnie najbardziej obchodzi, może w sposób szczególny, który graniczy z ekshibicjonizmem. To nie przejaw wynaturzenia ale głębokiej wiary, że mój spowiednik – publiczność zechce mnie zrozumieć, bo w życiu nie jestem człowiekiem, który się chętnie zwierza. A czy te piosenki są pesymistyczne czy optymistyczne to kwestia punktu widzenia.

Ale Twoich utworów pewnie nie wzięliby ludzie w kosmos, tak jak kiedyś kosmonauci radzieccy, którzy w podróż pozaziemską zabrali ze sobą nagrania Wysockiego, by czuć się mniej samotnie.

J.W.: Moje piosenki nie kwalifikowałyby się w taką podróż ponieważ, być może, ludzie po ich wysłuchaniu nie chcieliby wracać do naszej rzeczywistości. Wybraliby wolność w kosmosie. Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie uważam, że utwory optymistyczne nie mają prawa bytu. Zostawiam ich pisanie ludziom, którzy uprawiają inne niż ja gatunki piosenki. Nie dzielę też piosenek na potrzebne i niepotrzebne. Wszystkie są potrzebne. Problem leży jedynie w odpowiednich proporcjach dystrybucji. To jest tak, jak np. z książką „Krok defiladowy na gruntach grząskich”. Jej nakład nie powinien przekraczać liczby ludzi lubujących się w maszerowaniu. Kiedy osiąga 30 mln egzemplarzy zaczyna coś być nie tak. Podobnie dzieje się z dystrybucją piosenek. Mass-media nie dają ludziom możliwości wyboru. To co prezentują bardziej odzwierciedla gust redaktorów muzycznych niż preferencje słuchaczy. Z tego też względu uprawianie zawodu piosenkarza w naszych warunkach nie jest najlepszym pomysłem.

Napisałeś kiedyś – „Jeśli ktoś zamierza zająć się piosenkarstwem lub innym pochodnym wariactwem, to telefon zaufania znajdzie w najbliższym zakładzie psychiatrycznym”. Dlaczego przestałeś śpiewać?

J.W.: Nie było ze mną aż tak źle. Dlaczego cały czas zastanawiasz się nade mną jak nad trupem? Nie powiedziałem przecież, że zrezygnowałem ze sceny na zawsze. Może kiedyś wrócę do piosenki. Myślę, że każdy ma swój okres wojny i pokoju. W okresie wojny moje bitwy toczyły się na ziemiach, które miały na imię piosenka. Teraz przeniosłem się na inne tereny – maluję, zajmuję się literaturą, właśnie wyszła moja czwarta książka (nazywa się „Po”). Piszę także piosenki dla innych wykonawców, dla Maryli Rodowicz, Grażyny Łobaszewskiej, Joanny Zagdańskiej, Edyty Geppert itd.

Nie kusi Cię zatem kariera estradowa. Źle czułbyś się na scenie obok iluzjonisty, wyjmującego królika z kapelusza.

J.W.: Myślę, że śpiewając tak, jak śpiewam, mógłbym funkcjonować w tak zwanym obiegu estradowym jako przypadek kuriozalny. Zajmuję się piosenką literacką, której nie strona muzyczna czy wokalna jest najważniejsza, lecz to, jaką myśl chce się przekazać. Jej odbiór wymaga od publiczności pełnej koncentracji, nastawienia na najwyższe częstotliwości. Do tego nie jest przyzwyczajona klientela estrady, szukająca przede wszystkim zadowolenia. Inaczej jest na scenie studenckiej. Ryzyko finansowej plajty nie wchodzi w grę. Artysta studencki to materialna ruina od startu, więc może sobie pozwolić na luksus wyśpiewania siebie, a nie tego co chce publiczność.

Nie żal Ci, że pożegnałeś się ze środowiskiem studenckim?

J.W.: Nigdy nie wychodzę i nie żegnam się. Jeśli już to po angielsku. Nie mówię nikomu do widzenia, ponieważ wiem, że prędzej czy później tam wrócę. Nie zerwałem zatem więzi z tym środowiskiem. Uczestniczę w różnych przeglądach, festiwalach, bywam na „Famie”. Mam wrażenie, że cieszę się zaufaniem studentów. Traktuje się mnie jak faceta, który był w ekstraklasie a teraz jest trenerem. Jeśli ponownie zacznę śpiewać, to przede wszystkim z myślą o publiczności studenckiej, czy raczej „młodointeligenckiej”, z którą się mogę bez trudu porozumieć.

Czy piszesz dla siebie nowe piosenki?

J.W.: Na razie do szuflady. Nie śpieszę się. Nikomu też ich nie sprzedam, bo nikt oprócz mnie nie ma prawa ich wykonywać, śpiewać w pierwszej osobie liczby pojedynczej o sprawach, które dotyczyły mnie. Te piosenki rodzą się powoli, w bólach. Chciałbym je wydać na płycie...

Czy jako laureat nagrody im. S. Wyspiańskiego cieszysz się większą łaskawością mecenasa?

J.W.: U nas nie istnieje mecenas. Oczywiście, jest ministerstwo, setki instytucji, urzędnicy, którzy z tytułu troskliwej opieki nad artystą biorą pieniądze. I to wszystko. A oprócz tego w sferze projektów istnieją ambitne plany promocji polskiej kultury, nadania jej takiego wymiaru, na jaki zasługuje. Sporo podróżowałem po świecie i myślę, że jeśli chodzi o dokonania nie mamy powodu do kompleksów, a wręcz przeciwnie. Problem leży w czymś innym. Na całym świecie kultura to interes prawie tak dobry jak ropa naftowa. Dobrze powodzi się zarówno artystom, jak i skarbowi państwa, który świetnie na nich zarabia. U nas się to nie udaje, choć udaje się sztuka. Można określić tę sytuację jako „klęskę urodzaju”. Mamy ogórki, ale nie mamy słoików i chłodni. Brakuje łącznika między instytucją realizującą politykę kulturalną a twórcą z krwi i kości. Artysta, by coś załatwić, musi wydeptywać ścieżki i kajać się przed urzędnikiem jak petencina. Przecież urzędnik powinien spełniać funkcje służebne, ponieważ to artysta jest tym „zakładem pracy”, który ma przynosić zysk. Powinien również czuć w tym interes, śledzić uważnie dorobek artystyczny, trzymać na nim łapę i umieć go sprzedać. Twórca jest od tego, by siedział w pracowni cały dzień i robił uczciwą sztukę, nie marnując czasu na stanie w kolejkach w ministerstwie, czy na przesiadywaniu w hotelowych barkach z nadzieją, że pozna bogatego dentystę z Hong-Kongu, który kupi jego prace.

Uważasz zatem, że możemy stać się drugą Arabią Saudyjską tyle, że sprzedającą kulturę?

J.W.: Wiem, że mamy takie złoża. Ale dobrze pamiętać, że sprzedawanie surowców jest aktem gospodarczej histerii. Oby nie doszło do paradoksalnej sytuacji, że będziemy sprzedawać artystów, a nie dzieła sztuki.

Rozmawiała Teresa Sołtysiak

ITD - 31 stycznia 1988 roku