



Ciągle jeszcze pytanie „czym się Pan zajmuje – poezją, piosenką, komponowaniem, malarstwem?” wprowadza Cię w zakłopotanie?
J.W.: Podobnie jest, gdy zbiera się cała rodzina i pyta dziecko: „kogo kochasz najbardziej, mamusię, tatusia, babcię czy dziadziusia?”. Dziecko odpowiada „wszystkich”, ale to nie spotyka się z zadowoleniem i śledztwo trwa. Chciałbym tego uniknąć w tym wywiadzie, dlatego też stanowczo stwierdzam, że nie mam stałych upodoba i nie wyróżniam żadnej z dziedzin twórczości, jaką się zajmuję.
Ale ubiegłoroczną nagrodę dla młodych twórców im. St. Wyspiańskiego otrzymałeś za działalność estradową.
J.W.: Ponoć nie ma kategorii „za całokształt”.
Nie dosyć, że uprawiasz tyle dyscyplin artystycznych, to jeszcze odbierasz chleb dziennikarzom. Czytałam kiedyś wywiad, który sam ze sobą przeprowadziłeś.
J.W.: Czy czujesz się przez to głodna? To nie wynika z zachłanności, ale ze schematyzmu pytań, jakie zadają mi dziennikarze.
Czy pisanie o sobie to dla Ciebie forma kreacji?
J.W.: Nie jestem męską ślicznotką. Nie należę też do artystów, którzy kreują się przez słowo i tak ich to pochłania, że nie starcza im czasu na pracę. Zawsze staram się opowiadać o moich dokonaniach, a nie możliwościach. W końcu, powtarzając przysłowie, oliwa zawsze wypłynie na wierzch.
Często w publikacjach wywlekasz masochistycznie wszystkie swoje niedoskonałości typu – „nie śpiewam ale warczę i nazywa się to piosenką ambitną”
J.W.: Piszę tak, bo mam do siebie ogromną rezerwę. Innych też trzymam na wyciągnięcie ręki. Tak mi się w życiu poukładało. Zawsze byłem sobie sterem, żaglem, kotwicą. Pewnie czuję się tylko wtedy, gdy jestem sam odpowiedzialny za wszystko. Wolę zaśpiewać z przekonaniem to, co napisałem, i usłyszeć opinię, że nie mam pięknego głosu niż oddać swoją piosenkę komuś, kto wykona ją bezrozumnie. Wolę sam grać na gitarze, niż z muzykiem, który odbębnia dwudziestą imprezę i ziewa. Wolę zrobić scenografię do swojego koncertu niż zaufać scenografowi, który postawi na scenie zapalone świeczki z przekonaniem, że jest to szalenie oryginalne. To dotyczy całego mojego życia. Jeśli już muszę to idę do dentysty, bo sam sobie zęba nie zaplombuję.
Mówisz o dystansie do samego siebie, ale z drugiej strony mógłbyś mieć przewrócone w głowie. W latach siedemdziesiątych uchodziłeś za idola piosenki studenckiej. Obok Jacka Kaczmarskiego...
J.W.: ... to Kaczmarski był obok mnie a nie odwrotnie. Ja zaczynałem wcześniej.
Nie chcę ustalać kolejności, ale do czołówki piosenkarzy studenckich tamtych lat dorzuciłabym jeszcze Andrzeja Sikorowskiego i Wojciecha Bellona. To was „noszono na rękach”.
J.W.: Trzeba było porządnie zapracować na to by dać się przenieść na rękach kilka metrów. W epoce Gierka nikt nie myślał o nagrywaniu płyt czy kaset. Występy w telewizji były sporadyczne. Zresztą byliśmy do niej szorstko nastawieni, uchodziła ona za nośnik sztuki obowiązującej. My natomiast tworzyliśmy kontrkulturę i byliśmy związani ze środowiskiem studenckim. Jedyną możliwością prezentacji naszej twórczości było tułanie się po Polsce, bo trudno to nazwać tournee artystycznym. To były konwoje do Murmańska. Nie da się tego opisać. Gdy patrzę na to z perspektywy to myślę, że jestem kretynem. Po każdym występie czułem się o trzy kilo lżejszy. Tak wyglądało to idolowanie. Trzeba było wiele przejść, by ktoś poklepał cię po ramieniu i powiedział „jesteś dobry”. Wyłączyłem się z tego. Od kilku lat już nie występuję.
Jest też druga strona medalu. Mogłeś stać się artystą popularnym. Pisano „czym dla kultury radzieckiej Wysocki, dla amerykańskiej Cohen, tym dla polskiej powinien stać się Wołek”. Nie stałeś się. Wielu ludzi może czuć niedosyt.
J.W.: Nie wiem, czy to ambitny plan stać się drugim Wysockim bądź Cohenem. Mam bardzo rozwinięte poczucie odrębności i wolności, więc nie zniósłbym sytuacji, gdy stałbym się społeczną własnością. A poza tym żyjemy w kraju, w którym Bóg musi być z nieba, ale to niebo jest wszędzie, za granicą, tylko nie u nas. Wartość utworu deprecjonuje fakt, że jest on wykonywany w rodzimym języku. Utwory Cohena, Wysockiego, Okudżawy nie były lepsze pod względem artystycznym od dokonań moich kolegów – rówieśników. Ich piosenki przepadły jednak, bo były polskie. Tu nie chodzi o modę czy snobizm na wszystko, co jest zagraniczne. W piosence literackiej, intelektualnej, wyczuwalny jest „znak narodowościowy”, pewna odrębność, która odróżnia piosenkę amerykańską od radzieckiej. U nas natomiast nie ma potrzeby uchwycenia tej odrębności, a jeśli już to piosenka musi być publicystyczna o zadęciu politycznym. Jeśli jest stłamszona, podziemna to przymyka się oczy na jej niedostatki literackie. Ważne, że występuje dzielny chłopak na barykadzie.
Nie stałeś się popularny poza środowiskiem studenckim może także dlatego, że śpiewałeś tak melancholijnie, ponuro. Świat twoich piosenek jest pełen smutku, rozpaczy.
J.W.: Moje utwory mają lekki wydźwięk dekadencki, który bierze się jednak z optymizmu. Uważam, że w życiu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Te momenty, które są bolesne i stanowią punkty zwrotne w życiu to nikły procent tego, co nas spotyka w ogóle. Pisanie o wszystkich innych sprawach, czyli optymistycznych – naturalnych, wydaje mi się zbędne. Dla mnie piosenka musi być o czymś ważnym, dramatycznym, nadzwyczajnym. O tym, co stanowi dla naszego życia istotną wiedzę na przyszłość.
Jacques Brel powiedział kiedyś: „Myślę, że okazywanie cierpienia świadczy o bardzo złym wychowaniu. Dotyczy to wszystkich. To obrzydliwe spotykać ludzi, którzy ciągle powtarzają, że jest im źle”.