


M.J.: Mówiłeś, że dążysz do perfekcji w swej pracy, zresztą to niejednokrotnie było zauważalne, ale sam talent malarski nie wystarczy, trzeba się jeszcze tego nauczyć, czy uczyłeś się malarstwa jako rzemiosła?
J.W.: Tak, uczyłem się i to uczyłem się bardzo intensywnie. Uczyłem się w sposób bardzo szczególny, a już zaniedbany, tzn. w relacjach uczeń – mistrz, które zostały zarzucone w procesie szkolnictwa totalnego. Mówię tutaj o szkolnictwie artystycznym, gdzie jest jeden nauczyciel prowadzący i grupa ludzi. Jest tutaj dosyć silna rozbieżność interesów, ponieważ wiadomo, że młody człowiek kończy Akademię Sztuk Pięknych, jest bardzo ekspansywny, jest bardzo ostry, no i jak gdyby nie w interesie nauczyciela jest chować sobie ludzi, którzy go za chwileczkę wysadzą z siodła. Natomiast zupełnie inaczej pracuje się w realiach przyjacielskich, kiedy widać, że uczeń chce przejąć od mistrza, a mistrz chętnie dzieli się swoją wiedzą. Ja przez długi czas mieszkałem w sąsiedztwie z prof. Gnatowskim Jurkiem, z którym bardzo się zaprzyjaźniłem i który uchodzi w Polsce za pejzażystę. Uprawia malarstwo figuratywne, przedstawiające. Jest to człowiek, który uchodzi za jednego z najlepszych technologów malarskich w Polsce, za jednego z najlepszych znawców od całej tej malarskiej alchemii. To znaczy on mnie dokładnie nauczył wszystkiego co się z czego robi, jakie farby się kreci z pędów winogron prażonych, jak się robi miedziankę, jak się robi z grynszpanu. Jak zrobić grunt, jeśli nie można dostać w zaopatrzeniu, jak ukręcić jakie farby, co zrobić, aby farba olejna stała się farbą wodną, wręcz jak się robi pędzle wiewiórczaki itd... Mówiąc wprost są to rzeczy, których nigdy się na akademii nie nauczy, bo tego nie uczą po prostu. Długi czas idąc śladem Jurka uprawiałem np. malarstwo laserunkowe, które właściwie od gotyku nie było uprawiane, a które jest malarstwem niezwykle wdzięcznym, i wielowarstwowe i bardzo szczególnym rodzajem malarstwa. W tej chwili maluję raczej al prima tzn. od razu – niemniej czasami jeszcze laseruję obrazy, podciągam pewne partie celem uzyskania lepszych świateł, lub wręcz takiego koloru, którego nigdy nie uzyskałabyś przy jednokrotnym malowaniu, bo dochodzą do tego różne refleksy, załamania fakturowe i takie różne rzeczy, więc Jurkowi zawdzięczam, że udało mi się zapanować nad alchemią, nad warsztatem malarskim.
M.J.: Czy również Jemu zawdzięczasz, że malujesz pejzaże?
J.W.: Jestem wyznawcą zasady, że nie ma znaczenia co, tylko ma znaczenie jak. Ponieważ w przyrodzie można znaleźć również abstrakcję, to nie jest nic wydumanego. Poza tym zważ, że ja wyszedłem ze sztuki uduchowionej, ze sztuki niematerialnej, ze sztuki, która nie ma kontaktu z materią jako taką. Wyszedłem ze słowa, wyszedłem z dźwięku, czyli z abstrakcji, a doszedłem do czegoś bardzo konkretnego, pędzel, płótno, farba – rzeczy, to są po prostu rzeczy. Dlatego mój stosunek do malarstwa jest szczególny, ja to po prostu traktuję jako arcydyskretne rzemiosło. I taka jest prawda – i uważam, że tak jest. Ponieważ wszystkie te wysiłki intelektualne, które podejmują moi koledzy dysponujący malarstwem jako jedynym środkiem wyrazu intelektualnego, otóż ów intelektualizm w malarstwie dla mnie jest rzeczą troszkę – nie chcę nikogo obrazić oczywiście – ale troszkę groteskową. Bo naprawdę widząc wielkie sceny symboliczne, w których artysta po paru miesiącach czy tygodniach ciężkiej pracy dochodzi do jednej konkluzji intelektualnej np. typu precz z wojną, to ja przepraszam bardzo, ja nie po to skończyłem studia filozoficzne, żeby siedzieć dwa miesiące i dojść do takiej konkluzji, bo do takiej konkluzji może dojść nawet koń, który ciągnie taczankę, on też nie przepada za wojną, prawda? Więc mnie nie interesuje wydźwięk intelektualny tego, natomiast interesuje mnie bardzo to jak to zostało namalowane.
M.J.: Twoje obrazy charakteryzuje spokój i naturalna harmonia. Myślę, że to działa na wrażliwość ludzką i dlatego te obrazy się podobają. Ale czy to wynika z twojej duszy, z twojej potrzeby tworzenia, czy też było takie zapotrzebowanie społeczne?
J.W.: Nie, nie, to może brzmieć jak hipokryzja ponieważ każdy człowiek głęboko wierzy w to, że nic się lepiej nie sprzedaje jak pejzaże. Nic bardziej błędnego. W tej chwili, kiedy malarstwo jest zdominowane przez malarstwo nie przedstawiające, malowanie rzeczy figuratywnych jest rzeczą dość ryzykowną i zawsze malarz, który maluje takie rzeczy naraża się na posądzenie o pewien pragmatyzm, o koniunkturalizm, o schlebianie gustom publicznym – nieprawda, publiczność też już wie o tym, że nie wypada kupować pejzaży a wypada kupować malarstwo. W sztuce nie ma wypada albo nie wypada. W sztuce albo się podoba, albo się nie podoba. I albo ktoś maluje dobrze, albo źle, i to jest nieważne czy maluje w tę stronę czy w tę stronę. Ja myślę, że ja nie jestem, aż taki głupi i nie jestem aż tak cofnięty w rozwoju intelektualnym , żeby mnie nie było stać na wymyślenie udziwnionych malarstw przynajmniej siedmiu na tydzień. Tylko, że ja powiedziałem już na wstępie, że ja bardzo lubię, kiedy sztuka, którą uprawiam sprawia mi przyjemność, a to nie sprawiałoby mi przyjemności. Ja brałbym wtedy pieniądze za cnotę konsekwencji, a nie za swoje umiejętności. Czyli jakbym zaczął malować wyłącznie trójkąty w różnych konfiguracjach i konsekwentnie wytrzymał przez rok, to dzisiaj by powiedzieli, że ja zwariowałem. A za rok, widząc, że jestem konsekwentny i uparty, dwóch krytyków powiedziałoby – o to jest ciekawe. Gdybym wytrzymał jeszcze rok, to by tych krytyków było koło mnie 30 – ja już bym rzygał od tych trójkątów- za 3 lata to by powiedzieli, że jestem luminarzem i odkrywcą gatunku, który się nazywa trójkątyzm np. i ja już, niestety, nie mógłbym się z tego wycofać. Ja bym z bólem malował każdy swój trójkąt, dostawał za to pieniądze i był najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na świecie. Ja nie chcę być najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na świecie. Ja nie zaglądam w meandry mojej duszy, bo ja nie wiem, jak to tak ze mną jest naprawdę do końca. Natomiast wiem o tym, że każdy człowiek ma swój czas wojny i czas pokoju. Ta wojna może się toczyć na zewnątrz, tak, jak to było z moim wykrzyknikiem w piosenkach, mojego sposobu widzenia rzeczywistości, a może być wojną w okopach. Być może ja się okopałem gdzieś w środku, być może szykuję się do następnej wojny, być może mój czas jest czasem pokoju, ja tego jeszcze nie wiem. Póki co, jest mi z tym malarstwem bardzo dobrze i chcę żeby tak było, że już nie wspomnę o tym, że ja naprawdę tę przyrodę kocham, bardzo szanuję, bo jest to po prostu mądra kobieta.
M.J.: Dziękuję Ci bardzo za dzisiejsze spotkanie.
"Głos Polski – 3 maja 1990 roku"
