Magda Łuków - Diabeł na emeryturze


Przez 47 lat życia JAN WOŁEK nie pracował ani minuty na etacie. Mimo to ma pełne ręce roboty. Pisze, maluje i oprócz satysfakcji czerpie z tego spore pieniądze. Na pytanie, jak to możliwe, odpowiada:
- „Mówię to, co mam do powiedzenia, a nie to, co ludzie chcą usłyszeć.”

Gala - Diabeł na emeryturze

Wczesne popołudnie. Właśnie w gabinecie dyrektora TVP1 dobiegła końca rozmowa. Temat: średnio satysfakcjonująca oglądalność pro- gramu SZEPT PROWINCJONALNY, którego Jan Wołek jest autorem i prowadzącym. Rozmowy o życiu nadawane w WIECZORZE KONESERA przyciągają trzy procent widowni. Co pewien czas zagraża im więc zdjęcie z anteny. Jan Wołek przyjeżdża wtedy na Woronicza i wytacza argumenty: „Trzy procent? To znaczy wszyscy.” – „Jak to wszyscy?” – „Ano wszyscy. Tyle jest w Polsce inteligencji”. I program zostaje na antenie. Jeśli jednak zdejmą SZEPT..., Jan Wołek nie będzie cierpiał. – „Nie ma we mnie histerii podstarzałych piosenkarek, które rozwalają łby o latarnie, bez przerwy sprawdzając, czy ktoś jeszcze za nimi podąża. A gdy nikogo nie widzą, to wracają i pytają, czego chcielibyście państwo posłuchać. Nie chcą, to nie słuchają.” – mówi. Sam jest swoim pierwszym słuchaczem i cenzorem. I nie zamierza schlebiać komercji.

Nie musi zresztą. W domu w Kazimierzu czeka na niego mnóstwo roboty. Jeszcze nie doschły martwe natury i pejzaże na ścianach pracowni-galerii, zwanej Suszarnią, a już w głowie powstają nowe obrazy. Większość pomysłów będzie jednak musiała poczekać do wiosny. W zimie, która nastraja go bardziej kontemplacyjnie, Jan Wołek głównie pisze. Jak zwykle pracuje nad kilkoma rzeczami naraz. Powstają materiały m.in. do jego autorskiej zbiorczej płyty, teksty do płyt dla Piotra Machalicy, Stanisławy Celińskiej, Joanny Zagdańskiej, Ireny Santor. Kończy pracę nad albumem opartym na wątkach muzyki ukraińskiej (z Mateuszem Pospieszalskim), kolędami na przyszłoroczną gwiazdkę, materiałami do spektakli, scenariuszem 6-odcinkowego serialu dla telewizji... To nie wszystko. W szufladzie leżą „wecki”. Stosy kartek z pojedynczymi zdaniami, pomysłami, do których chciałby wrócić.

Jak to możliwe, że w czasach tak niesprzyjających sztuce popyt na twórczość Jana Wołka wciąż rośnie? Na pewno nie da się tego wytłumaczyć dotychczasowym dorobkiem. Mimo że jest on imponujący. W czasach Peerelu Jan Wołek był luminarzem kultury studenckiej. Jako artysta estrady zagrał 3 tys. koncertów. Napisał kilka książek (m.in. Na wskutek niestrawności, Moment jednej całości, Po) i ponad 700 utworów. Zrealizował dziesiątki programów telewizyjnych. Swoje prace wystawiał w Tokio, Nowym Jorku, Toronto i Berlinie.

Nie chodził przy tym na artystyczne kompromisy. Nawet wtedy, gdy nie miał z czego żyć i kolega zaproponował mu napisanie piosenki wojskowej, Wołek napisał: „Po ch... ci wojsko, po ch..., kiedy na świecie pokój”. Piosenkę wykonano, autora ukarano. Bezkompromisowość zawsze zaskarbia mu uznanie i szacunek.
- „Miło mi, gdy dziś przychodzą do mnie egzaltowani panowie w kaszmirowych płaszczach, którzy rozdają karty w tym kraju. Przychodzą ze swoimi pryszczatymi dzieciakami i pokazują mnie jak bohatera swej młodości” – zwierza się. „To wszystko jest przeszłość, od której nie dałoby się odcinać kuponów w nieskończoność”.

Jan Wołek to niezawodna firma. Wciąż ma dużo do powiedzenia, umie mówić w ciekawy i wzruszający sposób. Mówią, że jest największym lirykiem wśród autorów piosenek, a także znakomitym pejzażystą. Na dodatek pracuje szybko i terminowo, a na brak twórczej weny nigdy nie narzeka. – „Jak ona nie chce przyjść, to trzeba ją wziąć za d... i posadzić koło siebie” – mówi. „A natchnienie? Szał twórczy? Zawód jak każdy inny. Jeden robi swetry, drugi śruby, a ja piszę i maluję” – odpowiada Jan Wołek. Nazywa to profesjonalizmem. Nie oznacza to, że nie ulega twórczym uniesieniom. Jak dawniej „chciałby zatrzymać świat, zeżreć go, strawić, wytłumaczyć go sobie”. Sam siebie nazywa diabłem na emeryturze. Trochę podtatusiałym, otłuszczonym, a jednak diabłem, gotowym poderwać się i ruszyć w Polskę z kolejną misją porywania dusz. Zdarza mu się popłakać w czasie pisania, gdy uda się opowiedzieć coś tak, że zapomina, iż nie jest słuchaczem, lecz autorem.

Najważniejsza dla Jana Wołka jest jakość. A życie na prowincji bardzo jej sprzyja. Nie ma warszawskiego blichtru. Nic nie kusi i wartość trzeba wyciągać z siebie. Nie zerwał jednak kontaktów z Warszawą. Bywa tu dwa, trzy razy w tygodniu. Ale nie biega na imprezy, które nie wnoszą niczego wartościowego w jego życie.
- „Moja praca określa się w sferze artykulacji, a nie możności, przeciwnie niż u tych, którzy przesiadują w hotelowych barkach i opowiadają, co robią, choć tak naprawdę nic nie robią.” Jan Wołek nazywa to „syndromem betoniarki”, która musi się kręcić na obojętny temat, bo gdy beton stężeje, to po betoniarce.
- „Tych artystów znać po obecności ich samych, a nie ich sztuki. To kompletna brednia. Szkoda na to życia” - wyjaśnia.

- następna strona -
Projekt graficzny i kodowanie - © J & J 2007 - 2017   /   Zdjęcie Jana Wołka - © Mariusz Szacho