Jan Poprawa  -  "Cudze chwalicie...  Jan Wołek"

Sponiewierani przez płodnych „tekściarzy” (przy których ksiądz Baka i Soter Rozbicki zdają się mistrzami polszczyzny) stęskniliśmy się – my, zgromadzeni wokół estrady – za poezją. Nasz głód wywołał na festiwalowe estrady Mickiewicza, Norwida i Wyspiańskiego; nakazał im wchodzić w niecnotliwe często związki z bigbiciarzami lub fryzowanymi „gwiazdkami”. Nie potępiam bynajmniej metody, która polega na wyposażeniu istniejących wcześniej wierszy w muzyczny ekwiwalent. Powstało w ten sposób wiele dzieł pięknych – ale też powstały i chrome potworki, w których poezja użyta została w charakterze protezy, wypełniacza dźwięków, waty. Jakże często mieć można wrażenie, że idol przed zaśpiewaniem wiersza nie przeczytał...
          Nastał wszakże w zjawisku „poezji śpiewanej” czas, w którym pojawili się twórcy nie korzystający już z cudzego. Pisałem o Leszku Długoszu, śpiewającym poecie: dziś słowo o drugim mistrzu, Janie Wołku.
          Przedstawianie Wołka trwa od dłuższego już czasu. Pojawia się on na mniej i bardziej popularnych festiwalach, uczestniczy w żywej cyrkulacji programów klubowych. W niektórych kręgach, jak na przykład w środowisku studenckim, osiągnął popularność idola i rangę mistrza. A przecież wciąż mam wrażenie, że owa popularność nie jest na miarę sztuki tego artysty, że ograniczenie do specyficznych, młodzieżowych środowisk – zuboża polską estradę, która pozbawiona takich jak on kojarzy się raczej z Opolem niż Krakowem, z telewizją – nie „Famą”.

Jan Wołek

Jan Wołek jest młody, ale specjalistom nazwisko jego nie jest obce od dziesięciu niemal lat. Jako licealista bowiem animował i prowadził warszawski kabarecik „Wół”. Później przez dłuższy czas udzielał się w „Stodole” jako śmieszny wykonawca parajazzowych utworków. Te dwa miejsca startu estradowego Wołka – kabaret i klub jazzowy – w pewien sposób wpłynęły na kształtowanie się artystycznej sylwetki dzisiejszego idola studentów. Z kabaretu – sądzę – wywiódł precyzję słowa, świadomość, iż jest ono najlepszym łącznikiem sceny z widownią. Z jazzu wzięła się Wołkowa maniera wykonawcza, świadomość dramaturgicznej roli muzyki w piosence, umiejętność improwizacji i formowania nastroju słuchaczy. Podstawową jednak siłą Jana Wołka są jego utwory. Piosenki? Ballady? Własnej roboty, zarówno w warstwie literackiej, jak i muzycznej. Wykonywane wyłącznie osobiście.
          Muzycznie utwory te są proste. Wołek gra (bardzo przyzwoicie) na dwunastostrunowej gitarze, wykorzystując ją zarówno do akompaniamentu, jak i partii solowych. Te zaś nie mają znaczenia wirtuozowskiego, lecz są uzupełnieniem konstrukcji, przedłużeniem lub wprowadzeniem tekstu. Wykonanie Wołkowych pieśni również nie jest specjalnie wyrafinowane. Nie mając klasycznych warunków głosowych – opiera się na prywatnym „zaśpiewie”, na chropawej barwie głosu, na indywidualnej ekspresji. Nikt nie jest dalej niż Wołek od tombakowego kanonu „wielkoestradowych” wdzięków. Nie dba o nie, a jeśli – to przewrotnie, przyjmując pozy clocharda...
          Najważniejsze jednak są słowa. Od kilku lat jest to jedno z najciekawszych zjawisk młodej twórczości polskiej. Janek pisze wiersze – ballady – piosenki tylko dla śpiewania. Wynika stąd specyficzna konstrukcja jego tekstów. Piosenki te są niezmiernie osobiste, intymne. Wołek pisze przeważnie o sobie: o swoich miłościach, wzruszeniach, nieszczęściach. Ale z owej prywatnej tematyki słuchacz wywodzi więcej, niż tylko wgląd w troski artysty. Wołkowa opowieść o miłości – jest rozprawą o sensie i bezsensie nadziei; śpiewanie o wódce – namiętnym, smutnym wołaniem w sprawie zgoła publicznej.
          Od kilku lat przybywa tych pieśni niewiele. A przecież, choć słuchany po raz setny – zawsze wywołuje Wołek autentyczne, niemal fizyczne poczucie obcowania z czymś niepowtarzalnym. Przyzwyczajeni do estradowego „przerobu”, do pogoni hitu za hitem – dziwimy się. Tak jak dziwimy się, że wciąż te same piosenki śpiewa Demarczyk. Widać jednak, że nie wszystko co estradowe starzeje się prędko. Wystarczy wziąć artystę...
          Jan Wołek, poeta śpiewający. Kiedyś byłem świadkiem jak olsztyński grafoman (choć członek ZLP) wydziwiał: to nie jest poezja, to piosenka. Oto jakimi drogami snuje się bezsens naszych szufladkowań, podręcznikowy ład ustawiania mózgu.
          Wołek jest wybitnym artystą, niezależnie jak zwać jego dzieło. I kiedy myślę „poezja śpiewana” – myślę o nim właśnie. Posłuchajcie Jana Wołka.

Artykuł opublikowany w czasopiśmie "Razem" w 1977 roku

Projekt graficzny i kodowanie - © J & J 2007 - 2017   /   Zdjęcie Jana Wołka - © Mariusz Szacho