


"[...] W ramach dorosłości na początek - jak każdy młody głupi - ożeniłem się. Wstęga do dorosłości została przecięta. Inna sprawa, że zaraz potem się rozwiodłem. Na początku czułem w sobie wielkie posłanie. Kiedy proponowano mi pieniądze za występy - byłem skłonny dać w ryj. Wystarczało mi, że moi rówieśnicy z zapartym tchem słuchali koncertów, tego, co wykrzykiwałem o życiu - jak się później miało okazać - także w ich imieniu. Po recitalach zamiast braw - była cisza. Osobliwa owacja, manifestacja sojuszu. Więcej niż brawa na stojąco. Nie miałem zadęcia moralisty, nie chciałem nic zmieniać w życiu ludzi. Śpiewałem o sobie, własnych dramatach, kobietach, miejscach, używając dat, imion. Jeździłem po Polsce. Wsadzali mnie do pociągu, wyjmowali, dali coś zjeść, głównie wypić. Grałem, wsiadałem do pociągu, jechałem gdzie indziej. Miałem świadomość uczestniczenia w jakiejś ważnej batalii, chociaż o tym, że tworzę kontrkulturę, dowiedziałem się dużo później [...]".
źródło i pełny tekst: Rzeczpospolita
"Od czasu, gdy przestałem czynnie uprawiać działalność estradową, ze złośliwą satysfakcją powtarzam, że piosenkarstwo nie jest zawodem dla mężczyzny. Pełni satysfakcji nie posiadam wszakże, bo po pierwsze - nie odkryłem, co jest zawodem dla mężczyzny, a po drugie - co jakiś czas pojawiają się faceci, którym jakoś nie ujmuje męskości wydawanie melodyjnych dźwięków. To burzy mój spokój i rodzi zazdrość i frustrację... [...]"
źródło i pełny tekst: http://www.ballada.pl
"[...] Wówczas marzyłem o wydaniu takiej płyty. (No nie takiej, - analogowej!). Ale do ludzi mogłem trafić tylko w jeden sposób. Grać na żywca. Do kompletnej utraty głosu, do zdarcia pazurów, do ostatnich potów, po trzy recitale dziennie i litr do gardła. I grałem. Jak ten Dżin zamknięty w butelce i ciśnięty na dno oceanu tęskniłem, by ktoś mnie wyłowił. Nagrajcie mi płytę to dam wam pół królestwa. Mijały lata. Nagrajcie, dam całe królestwo. Mijały lata. Nagrajcie, dam pół świata. Aż przyszedł ten moment, gdy Dżin powiedział: „Temu, kto mnie wyłowi, skręcę kark!”. Nagrali, wyłowili, ale do skręcenia karków mi nie spieszno. Czemu? A no temu, że już nie jestem Dżinem. A no temu, że ten z lekka już ucywilizowany bardzik, to nie ja. Dziś przyglądam się sobie z ciepłym zaciekawieniem [...] "
pełny tekst
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 1998
"Gdy śpiewa, Jej wiersze przyjmuję bez najmniejszego oporu, bowiem abstrakcyjność, teatralność (czytaj „umowność”) piosenki pozwala nieco zdystansować się do słowa. Słowo ważkie zwykliśmy pisać, mówić, czytać – nie śpiewać. Mimo że muzyki są znakomite, wykonanie czyściutkie, piękne, bez cienia pretensji i nadinterpretacji, jednak zawsze to piosenka, więc jej „nierealność” jest maską, która odgradza mnie od prawdziwej twarzy autorki.
Te same słowa, gdy je czytam, mają całkiem inny wymiar. Przestają jakby istnieć za zgodą Basi. Czytając je nie mogę oprzeć się krępującemu mnie wrażeniu, że zaglądam w listy nie adresowane do mnie, grzebię się w cudzej intymności. Jest kierowana ku mnie, więc muszę przyjąć wobec niej jakąś postawę. Nie jest to intymność nastawiona na wywołanie rumieńca, bo Basia wystarczająco finezyjnie posługuje się słowem, by nie musieć podpierać się argumentem fizjologii. Czasem balansuje na granicy, ale bardziej z wdziękiem licealistki niż z wyrachowaniem. Pamięta, że słowo to nie bawełna do owijania prawdy. Nad sprawy nie unosi się zbyt wysoko, więc nie traci ich sedna i zarysów. Przeciwnie, w Jej wierszu łatwiej znaleźć „optykę podłogi”, gdzie za całą ikonografię służą rzeczy codzienne, najprostsze. Stół, firanka, krzesło, sukienka... to, co każe pamiętać, że do badania kosmosu nie trzeba teleskopu, bo ten sam kosmos mamy w sobie, w ziarnku fasoli. Armia rzeczy maszerujących przez wiersze Basi wprowadza nas w szczególny klimat „krakowski” i „egzystencjalny”, gęsty od szeptów zza ściany, skrzypiących schodów, aniołów, pracowni i fortepianów.
W tym anturażu odbywa się najważniejsze: obcowanie z człowiekiem. I tu się pokazuje Basia. Ciepła, rozsądna, wrażliwa. Teraz słowa obrastają mięsem. Wolna od pseudomądrości rodem z periodyków kobiecych, aplikuje nam prawdy mądre, nagie i dzielne. Odkrywamy, że nie jest wykluczone, iż w życiu chodzi na przykład o miłość, ale „kocham” w wydaniu Basi nie jest zawoalowane, przeintelektualizowane ani rozebrane na takie czynniki, że już nic się nie da z niego skleić. Jest wykrzyczane. Jest jak sztandar. Wielki powód do dumy. I ja się zgadzam. Zawsze bowiem mówię, że nie jest wstydem malować zachód słońca, wstydem jest malować go do dupy!
Są więc wiersze Basi Jej konfesjonałem, który obleczony w atrybuty piosenki otrzymuje odwrotny wektor. Spowiada się „do ludzi”, a nie „od ludzi”. W każdym razie, gdy się je czyta, nie można oprzeć się wrażeniu, że są pisane „do ściany”, „do poduszki” i za sprawą kaprysu autorki przez moment możemy położyć głowę koło jej głowy. Nie wojują. Nie przewracają świata. Nie łapią go za klapy. Są po kobiecemu wyciszone i opowiadają o świecie w sposób, który nas mężczyzn potrafi zawstydzić. Przypominają, że jesteśmy dwoma kosmosami, które mogą się uzupełniać i dopełniać, jeśli nauczymy się słuchać drugiej strony. A słuchać warto, szczególnie gdy mówi tak jak Basia. Toteż gdybym miał uzupełnić (nie tak znowu długą) listę moich pragnień, dorzuciłbym jeszcze jedno: chciałbym być czasem Basią Stępniak".
Jan Wołek
Powyższy materiał zamieściliśmy dzięki uprzejmości Teresy Drozdy z serwisu www.strefapiosenki.pl , której serdecznie dziękujemy za jego udostępnienie - Autorzy.