


[...] z tym moim uprawianiem sztuki jest tak trochę jak , to pamiętam z lekcji historii, z tzw. trójpolówką. Jestem w ogóle wyznawcą zasady, że najlepszy artysta, to jest taki artysta, który niekoniecznie uprawia wszystkie sztuki, ale w każdym razie jest podatny na inne sztuki, rozumie je, jest dla nich tolerancyjny. Nie uprawia takiego nazwijmy to estetycznego nihilizmu. Ja nie cierpię ludzi, którzy, to dotyczy śpiewaków operowych często, filharmoników itd. uważają, że poza ich sztuką nic nie istnieje. Z moją pracą jest tak, że ja staram się nie być zniewolony pewnymi umowami, pewnymi obietnicami. Lubię mieć poczucie wolności. Mówię poczucie wolności, bo coraz częściej jest tak, że jednak w momencie kiedy to staje się biznesem muszę brać pod uwagę nie tylko swój interes, ale interes ludzi wprzęgniętych w ten cały interes, więc podlegam prawom biznesu. Niemniej staram się nie pracować wtedy, kiedy praca nie przynosi mi przyjemności. Pracować lubię bardzo i pracuję ogromnie dużo, natomiast wtedy, kiedy jestem zniecierpliwiony, kiedy coś mi nie idzie to staram się stosować zasadę trójpolówki. Kiedy już jestem wymęczony pisaniem tekstów, zawsze mam gdzie uciec, mogę uciec do malarstwa. Kiedy przestaję widzieć na oczy, odpoczywam od malarstwa, biorę się za pisanie książki, bo tym się również zajmuję ... "
pełny tekst
[...] Tu dobrze powiedzieć parę słów o „sukcesie”. Ja nie kocham tego słowa. To słowo było i jest w Polsce nadużywane, jest jak balon ze śmierdzącym powietrzem. Wszyscy naokoło odnoszą sukcesy. I tak są zajęci tym „odnoszeniem”, że niema kto robić. Sprzedał trzy marchewki – sukces handlowy, wrócił trzeźwy z fabryki – cud gospodarczy, wmówił mongolskiemu turyście, że Kopernik pijał kumys – sukces polityczny. Tylko czekać, kiedy swojsko brzmiące słówko „alfons” zamieni się na „love menager”. Sukces to nie jest na ulicy znaleźć dziesięć dolarów, to nie jest dostać spadek po babce, której w życiu nie widziałeś na oczy. Sukces to jest otoczyć się ludźmi odpowiedzialnymi, sukces to jest przewidzieć każdą ewentualność, sukces to jest przygotowywać się do działania w stu procentach, tak aby margines przypadku pozostawić tylko dla trzęsienia ziemi. Sukces to jest odcinanie kuponów od tego, co się przewidziało, przygotowało i wykonało. Sukces to jest satysfakcja i rodzaj „sytego zadowolenia”, a nie „zajączek” puszczony lusterkiem na ścianie [...]
pełny tekst
"[...] W pewnym momencie mojego życia miałem szansę stać się artystą popularnym i z pełną świadomością tej szansy nie wykorzystałem, ponieważ uważam, że każdy człowiek ma niezaprzeczalne prawo do dysponowania swoją osobą i życia chociaż w środku swobodnie i wolno. Natomiast być artystą, a szczególnie artystą popularnym, to znaczy być własnością społeczną, być na strzyknięcie palcami w każdym czasie i z każdej strony. Dlatego celowo, spokojnie sobie siedzę i jestem zadowolony, że na widok mojej fizis nikomu nie zapiera dechu na ulicy. Mam nadzieję, że dzięki temu spokojowi wykonam to, co pragnę. Należę do ludzi z tego gatunku nerwusów, którzy bardzo lubią, gdy coś napiszą, żeby to się natychmiast pojawiło. Nie dlatego, abym chciał natychmiast pieniędzy, tylko boję się, żeby się to nie zdewaluowało. Składasz taką rzecz i wychodzi ona po dwóch, trzech latach. To tak, jakbym wyszedł na scenę, mając świadomość, że mam trzydzieści lat, a ludzie myślą, że mam dwadzieścia pięć. Jest to straszliwa luka, a to, co dociera do odbiorcy, jest dewaluowane. Pomimo tych wszystkich rozterek, kłopotów, mam twardy kark i powtarzam – nie łamię się [...].
pełny tekst
"[...] Mówiąc żartobliwie: urodziłem się pod znakiem Bliźniąt, więc jestem „podwójny”. W rzeczywistości – nigdy nie deklarowałem się jako artysta tej czy innej gałęzi sztuki. Jeśli stoi przede mną jakiś problem, jakaś sprawa, którą chcę nazwać – wybieram ten „alfabet”, te środki, które wydają mi się najbardziej odpowiednie. Raz będzie to wiersz, raz piosenka, innym razem – tekst reklamowy, jeszcze innym – malarstwo pejzażowe [...]"
pełny tekst
"[...] Zdarzyło mi się coś takiego, jak choroba. Wiele lat uprawiania nie tyle artystycznych tournee, co konwojów do Murmańska, szlajania się po hotelach, kończenia pijaństw o czwartej nad ranem, żeby godzinę później wsiąść w pociąg z Przemyśla do Szczecina, gdzie były następne koncerty – to musiało w pewnym momencie dać o sobie znać. Trzeba było wyciąć sobie trochę podrobów, żeby przeżyć. I wtedy nagle skonstatowałem, że nie chcę już płacić tak wysokiej ceny za swoją wiarygodność – wiarygodność wobec adoratorów, którzy uważali, że skoro śpiewam „Pozwól do domu iść, wódko”, to muszę być alkoholikiem. Musiałem im za wszelką cenę udowadniać, że sam doświadczam tego, o czym śpiewam. W pewnej chwili zadałem sobie pytanie – dlaczego mam ponosić aż takie konsekwencje, skoro sztuka jest pięknym oszustwem. Wszystko jedno, czy śpiewając o wódce piję ją, czy nie ... (...) Mam za sobą trzy tysiące zagranych koncertów i sześćset napisanych piosenek – to są ogromne liczby! To był mój sposób na okiełznanie rzeczywistości, która waliła się na mnie, jak ściana; mój sposób na wyrażanie stosunku do życia, do tego, co nas otacza. Nie można w takiej sytuacji powiedzieć „znudziło mi się”. A słychać o mnie dlatego mniej, że tamten rodzaj działalności nadawał rozgłos autorowi i wykonawcy. Trudno o podobną popularność, gdy uprawia się malarstwo pejzażowe. Jednak nie myśl, że to nagła przemiana – przy wszystkich rzeczach, którymi się zajmowałem: przy pisaniu książek w lżejszym czy poważniejszym wydaniu, pisaniu dla dzieci, układaniu szlagierowych piosenek, pisaniu piosenek kabaretowych dla siebie i innych wykonawców – równocześnie z tym wszystkim malowałem i rysowałem. Można powiedzieć, że wciąż zajmuję się tym samym, tylko zmieniły się proporcje "
pełny tekst