


"[...] Wyznaję zasadę, że artysta powinien być człowiekiem wszechstronnie uwrażliwionym na różne dziedziny sztuki. Ja nie mógłbym nigdy kategorycznie powiedzieć: „zajmuję się” poezją, albo: „zajmuję się” malarstwem lub „wykonywaniem” piosenek. Bardzo niebezpiecznym momentem dla każdego twórcy jest ten, kiedy to, co robi, zaczyna się przeradzać w produkcję, kiedy artystyczna egzystencja przemienia się w nerwową wegetację podporządkowaną jedynie zdobywaniu dóbr, zaszczytów, pieniędzy. Oczywiście te strony życia są przyjemne, a nawet potrafią być narkotyczne. I jak każdy narkotyk mają działanie niszczące. Dlatego potrzebny jest dla psychicznego zdrowia umiar i pokora, która potrafi w chwili największego triumfu złapać za ramię i szepnąć: ostrożnie, ...ostrożnie... Jedna z moich zasad brzmi: „jest źle, kiedy jest dobrze, a mogło być lepiej” [...]".
pełny tekst
"Łatwość, z jaką po wielokroć zdobywał rozmaite laury i rozmaitą publiczność, trudno dzisiaj uświadomić ludziom całkiem młodym, albowiem – z wyjątkiem nieobecnego, niestety, kontynuatora tego nurtu w piosence – już od wielu lat nie wyszedł na estrady tak dojrzały i konsekwentny autor śpiewający. Jego narracja w piosence – kameralna, osobista – potrafiła wydobywać na światło momenty najbardziej wzniosłe i mroczne w życiu człowieka: zwykłego, szarego zjadacza chleba, ale również i artysty. Tworzyła ironiczny komentarz do scenek – sytuacji duchowych, w których sacrum mieszało się z profanum. Ukazywała odwieczną tęsknotę ludzką do świata harmonii. Piosenki Wołka zapadały w pamięć głównie dzięki sugestywności, plastyczności obrazów, za pomocą których wyrażał swoje obserwacje i „prawdy”; zadziwiała ich sprawdzalność, precyzyjny rysunek. Wyśmienity warsztat słowa sprawiał, że owe teksty piosenek wydrukowane czytało się jak najczystszej wody poezję [...]"
pełny tekst
"[...] Trzeba było porządnie zapracować na to by dać się przenieść na rękach kilka metrów. W epoce Gierka nikt nie myślał o nagrywaniu płyt czy kaset. Występy w telewizji były sporadyczne. Zresztą byliśmy do niej szorstko nastawieni, uchodziła ona za nośnik sztuki obowiązującej. My natomiast tworzyliśmy kontrkulturę i byliśmy związani ze środowiskiem studenckim. Jedyną możliwością prezentacji naszej twórczości było tułanie się po Polsce, bo trudno to nazwać tournee artystycznym. To były konwoje do Murmańska. Nie da się tego opisać. Gdy patrzę na to z perspektywy to myślę, że jestem kretynem. Po każdym występie czułem się o trzy kilo lżejszy. Tak wyglądało to idolowanie. Trzeba było wiele przejść, by ktoś poklepał cię po ramieniu i powiedział „jesteś dobry”. Wyłączyłem się z tego. Od kilku lat już nie występuję [...] "
pełny tekst
"[...] Nie wierzę w doskonałość, w to, że można dojść do perfekcji. Z perfekcją jest tak, jak z chmurami, jeśli są bardzo wysoko, możemy powiedzieć, że są bardzo wysoko. Ale czy dziesięć tysięcy metrów od nas, czy jedenaście – nie wiemy. Trzeba najpierw wspiąć się tam, w chmury, by skonstatować, że jedne są niżej, a drugie znacznie wyżej. Tu rządzi prawo domina – jedno przewraca drugie. Jak osiągniemy pewną biegłość warsztatową, to z punktu widzenia lat minionych jest to już pewna perfekcja. Ale przecież biegłość warsztatowa wcale jeszcze perfekcją nie jest. Bez względu na to jaki etap w sztuce osiągniemy, perfekcja będzie zawsze przed nami. I tu istnieje pewne niebezpieczeństwo. Próba osiągania kolejnych stopni perfekcji tak dalece obliguje artystę, że w pewnym momencie przestaje on interesować się sprawą robienia użytku z tej perfekcji, a bardziej interesuje go samo jej osiąganie. Staje się szewcem, który potrafi robić wspaniałe buty, ale się tym nie zajmuje, ponieważ szkoli warsztat. Mnie oczywiście można zarzucić, że zajmuję się wieloma gatunkami i w żadnym nie osiągnę imponującego poziomu. Ale ja nigdy nie nastawiałem się na robienie rewolucji w sztuce, bo w nią nie wierzę. Być może kiedyś uda mi się wnieść coś nowego, ja się od poszukiwań nie odżegnuję, lecz szukać można równie dobrze w kosmosie, jak w ziarnku grochu. Moje malarstwo przedstawiające to jest właśnie ziarnko grochu [...] "
pełny tekst
"[...] Nie zaangażowany przez „Estradę” satyryk. Etatowy rozśmieszać studenterii. Studenterii wyładowującej swe, skutecznie w toku procesu naukowo – dydaktycznego temperowane, temperamenty na dyskotekach czy quasi-pokoleniowych dysputach o niczym. Studenterii emocjonującej się (przy wydatnym wsparciu procentowych napojów) błazeństwami kabaretów studenckich. Kabaretów, z których może tylko „Tey” od biedy się broni – choć klimat jego przerażającego „śmieszku” przypomina prędzej „noc saską” niż mądre czasy Sejmu Czteroletniego. W tym oto Ciemnogrodzie zaistniał niespodziewanie Jan Wołek. I oto raptem ruszyli w Polskę zapomniani przez rodzimą literaturę swojscy wojażerowie – „chłopcy od Breughel’a” w waciakach na plecach. Tragiczny korowód przedstawicieli rzeczywistego „świata nieprzedstawionego”. Oto nad znajomą, konkretną i nudną ulicą znienacka zaszumiał Kosmos, gdzie „za gwiazdę szczęśliwą każdy celu sięga”... (...) Głównym tematem wierszy J. Wołka stają się nieoczekiwanie wartości, zdawałoby się, kompletnie już skompromitowane i wyśmiane – Wiara, Nadzieja, Miłość. Na stole „między serem a chlebem” dzieją się rzeczy przedziwne, magiczne. Kartka z banalnym napisem „wrócę wiosną” jest gwarancją nadejścia dni nowych. Wydostania się z labiryntu, gdzie panuje „chwil rozpasanych zwariowany korowód i radość kłamania jak dzwonki u czapek”, gdzie „smutny perszeron zwiesił łeb”. gdzie wyświechtanym, zawsze tym samym traktem sypie się anonimowy, zawsze ten sam ludek. Nie ma tu mowy o „martwej perspektywie”. Poeta rzucił wyzwanie losowi. Bez niepotrzebnych, podheroizowanych na fałszywy romantyzm gestów. Zwyczajnie. Idzie z tymi, którzy starają się żyć i myśleć na własny rachunek, którzy często mają dość spełniania wszystkich przykazań. Prawda, prawda i jeszcze raz prawda [...] "
pełny tekst