Połączyć antypody, czyli prywatna wojna Jana Wołka

- Bezpośrednim powodem naszego spotkania jest... zegar. Specjalnie po niego przyjechałeś z Kazimierza do Warszawy – przygnała Cię pasja kolekcjonerska czy potrzeba dokładnego mierzenia czasu?

- Czuję czas, nie tylko w kościach. A przedmioty po prostu lubię. Przywiązuję się do nich, mają dla mnie pewne znaczenia. Z czasem je zaniedbuję, w miejsce jednego przedmiotu pojawia się następny. Nie zbieram zegarów, ani niczego innego – gromadzę wszystko, co stwarza dookoła mnie harmonię, która mi odpowiada.

- Jednak nie malujesz martwych natur, tylko pejzaż. To dla niego przeprowadziłeś się do Kazimierza?

- Trudno powiedzieć, że przeprowadziłem się do Kazimierza. Raczej jestem tu rezydentem, jednocześnie będąc warszawiakiem. W ten sposób wzajemnie podnoszą się obydwie wartości: człowiek nie ma w pełni poczucia „stołeczności”, jeżeli nie posiada świadomości powiatu. I odwrotnie. Dla mnie te dwa spojrzenia się dopełniają. Nie utożsamiam się ani z miastem, ani ze wsią, ani z niczym innym. Przez całe życie szczęśliwie udawało mi się łączyć Antypody...

Jan Wołek

Przecież Warszawa i Kazimierz to nie Antypody! Zwłaszcza w turystycznym sezonie.

- Sezon jest dla mnie bardzo dokuczliwy. Ludzie zadeptują to, co najbardziej urokliwe w tym miasteczku. Ale poza sezonem Kazimierz pokazuje swój prawdziwy kościec. Spada zeń fasadowość, turysty- czny makijaż i staje się jednym z wielu maleńkich polskich miasteczek, wielkości bilardowego stołu. Dla mnie terenem malarskich penetracji nie jest sam Kazimierz, w gruncie rzeczy konfekcyjny, tylko jego okolice. Mam naturę jesienną, choć jestem spod znaku Bliźniąt. Moje życie twórcze zaczyna się jesienią, która jest najbardziej kontemplatywna. Wiosna wydaje mi się zwierzęca, służąca reprodukcji. Lato – no, trudno, musi być, żeby dojrzało zboże, żeby się mocniej pościskać i do końca skonsumować miłość. Ale życie twórcze zaczyna się jesienią...

Jednak nieuchronnie nadciąga wiosna, a wraz z nią – twoje urodziny. Jakiego tortu życzyłbyś sobie na urodzinowym stole?

Jeżeli to ma być tort – tort, to musi być sernik i to zrobiony przez moją kobitę, która go piecze najlepiej na świecie. A poza tym chciałbym mieć święty spokój. W moim rozumieniu to taki stan, kiedy nic nie przeszkadza mi w robocie. Bo najbardziej lubię pracować. Nie ma wspanialszej zabawy nad pracę. A w antraktach bawią mnie takie drobiazgi, jak koszenie trawy, rąbanie drzewa, porządki w obejściu.

Kiedyś wydawało się, że twoją pasją było malarstwo, teraz można powiedzieć, że stało się kolejnym zawodem. Nie tylko zresztą malujesz, także prowadzisz galerię w centrum Kazimierza.

Za mnie pracuje Opatrzność. Całe życie robię to, na co mam ochotę (mogę już chyba pokusić się o takie podsumowanie, dobiegam czterdziestki). Wiem, że nie ma na świecie takiej pracy, która w pewnym momencie nie wchodzi we własne apogeum, powodujące zmęczenie materią. Wtedy zaczyna się mozolnie grzęznąć w błocie, albo jest to początek stagnacji. Ja nie przeżywam ani pierwszego, ani drugiego, tylko przechodzę z jednego gatunku działalności w drugi, równie mi bliski. Nie należy dopatrywać się w tym powodów natury merkantylnej – jak gdzieś już nie mogę się nażreć, idę do kolejnego koryta...

Jakkolwiek by to nazwać, udaje ci się utrzymać ze sztuki. Przedtem były to dyscypliny bliższe literaturze i muzyce, od pewnego czasu przeważają sztuki piękne. Co właściwie wpłynęło na ten zwrot w twojej karierze?

- następna strona -
Projekt graficzny i kodowanie - © J & J 2007 - 2017   /   Zdjęcie Jana Wołka - © Mariusz Szacho